Francja, Niemcy, Czechy 2016-09

Tak, tyle właśnie zrobiłem w ciągu dosłownie trzech dni.

Zaczynam w Karlsruhe. Bogatym dość, z dużymi możliwościami niemieckim mieście.
Wsiadam w mojego złotego szerszenia, o mocy 60km z silnikiem 1.6 Forda Focusa w kombi.
Ruszam autostradą nr. A5 w kierunku na Durbach, 70km dalej widzę widoczne na górnym zdjęciu piękne wzgórze, pokryte winnicami, strome podejście pod górę i naszym oczom okazuj się zamek 🙂

Spędzam tutaj raptem godzinę. (godzina; 16:30) Schodzę, droga idzie nie co szybciej schodząc niż wchodzą, a to całe 2.50 km do przejścia.
Jestem przy samochodzie. Jadę na Francję, przez przejście graniczne w mieście Kehl, ale korek zniechęca mnie na stanie ponad godzinę i przebijanie się przez Strassbourg. Zawracam i jadę o jeden zjazd dalej, do Ottrott przy Obernai po stronie Francuskiej, mam jakieś niespełna 65 km drogi, głownie autostradami. Niestety droga wydłuża się o godzinę – cholera… – nie zjechałem tam gdzie trzeba i wylądowałem prawie w Selestat czyli o całe 30 km dalej…

Zawracam i jestem na dobrej drodze do Mount Sainte-Odille. Klasztor Św. Odilli położony na skale o wysokości ponad 700 metrów. Piękny widok na Obernai i Ottrott, z daleka widać piętrzące się kościoły w Strassbourgu.

Robi się co raz bardziej późno, ale widoki nie pozwalają mi odejść – dosłownie.

Schodzę z terenów klasztornych do zaparkowanego samochodu. Pustki na terenie klasztoru są niebywałe, ale to za sprawą pory o której tutaj jesteśmy, jest godzina ok. 19:00.

Ruszam dalej teraz do mojego kochanego Strassbourga – oddalonego o 35 km od Mount Sainte-Odille.

Pogoda sprzyja, jest ładnie – nie pada.
Dojeżdżam na miejsce, jesteśmy. Jest późno, wieczór godzina ok. 20:00

Idzę się trochę przejść po Strassbourgu,  zjeść coś – na moją kolację wybieramy obiekt przy  Place Kleber o nazwie “Kohler-Rehm”. Wybrałem kurczaka, w jasnym sosie z pieczarkami. Kelnerowi zostawiam ponad 35€ to całkiem dobra cena jak na Francję.

Wracam do samochodu, biorę statyw i robię trochę zdjęć, ja zadowalam się ISO 5000 i czasami na 1/30 s – jest okej, daję jeszcze radę.
Po godzinie 00:00 mam telefon od Wuja, (Krzysztofa) gdzie jestem, jest on po pracy i za pewno ledwo co widzi na oczy, ma prawo… dlatego też wykonuję ostatnie ujęcia i 30 minut później wyjeżdżam z Strassbourga.
Do małej wsi Niemieckiej o nazwie Lauf, jest ok 45 km trasy, w tym 35 km autostradą.

Dojeżdżam na miejsce. Wuja wita mnie tekstem, “rzucę Ci zaraz poduszkę i śpisz na schodach”.
Oczywiście żartuje sobie. Ale szybko idziemy spać, pierwszy pada Wuja w drugim pokoju, gdzie jest dostawione łózko – gdzie zawsze sypiam.

Dzień II:
Pobudka godzina 8:00, wieś w Niemczech – Lauf.
Wyjeżdżam po g. 9:00 w kierunku na Buhl, następnie autostrada nr. A5 – poprzedzając to jeszcze zakupami w Lidlu dla mojej cioci i mojej mamy w wina i papierosy EVE 120.
Jadę, mijamy prawie Karlsruhe – telefon od Wuja… i nawrotka.
Robię cofnięcie do Lauf. Po 11:00 jestem znów w trasie, niestety potężny korek, trochę się przybliżył i stoję już na zakręcie do Karlsruhe.
(z niem.) Stau w miarę się porusza u po godzinie jestem dalej w drodze na prostej.
Mam do zrobienia jeszcze ponad 500 km do samej Pragi. Na wjeździe do Norymbergi witają mnie opady deszczu, słaba widoczność i silne opady, nie pozwalają mi jechać szybciej niż 90 a 100 km/h.
Dojeżdżam w końcu do przejścia granicznego w Czechach, ze względu na brak Winiety na autostrady, zjeżdżam z niej i jadę zwykłymi krajowymi drogami do Pragi, do zrobienia jest nadal ponad  175 km trasy. Po dobrych trzech godzinach jestem na miejscu, godzina 21:00.

Dojeżdżam do wyznaczonego miejsca (trochę pada w Pradze) i idę się zameldować do apartamentów – niestety, brak wolnych miejsc, ale była rezerwacja przecież, tak ale jej nie potwierdziłem mailowo… cholera. Okej, głowa do góry, Internet i szukam czegoś.
Znalazłem jakieś dwa apartamenty za blisko 90-100€ za noc, okej spisany adres i jadę.

Jadę, przez prawie pół miasta. Dojeżdżam na miejsce, jest sobota więc zaparkować samochód granicy z cudem i to dosłownie. Podobnie jak znalezienie noclegu.
Jest miejsce, zobaczę co to za apartamenty. Ciemno – blok cały pusty.
Jadę w drugie miejsce, przejeżdżając poprzez biznesową strefę miasta oraz typową strefę hotelarską.
I moim oczom ukazuje się jakaś rudera, dosłownie, pomazana od farby w sprayu i też nieziemsko ciemno.

Powoli mam dość mija dobre 1.5 h na szukaniu noclegu. Wracam do mijanych ulic, gdzie pełno hoteli trzy i czterogwiazdkowych.
Hotel Hilton oferuje noclegi za 5000 CZK czyli ok. 800 PLN (200€) za pokój/noc.  – podziękuję.
Wchodzę do pierwszego, lepszego trzy gwiazdkowego hotelu, zaspany lekko recepcjonista niestety oznajmia mi, że jest wszystko pozajmowane – cholera.

Idziemy do hotelu na rogu, miła recepcjonistka stwierdza to samo, ale jest pomocna i spisuje nam cztery  hotele, które może mają wolne miejsca. Wszystkie zapisane hotele mają zajęte dwójki i są całkowicie obsadzone.  Prócz jednego, hotel Tivoli w samym centrum tej hotelowej ulicy ma wolną trójkę za 85€, jestem zdesperowany już i biorę, mam dość szukania. Meldujemy się, bierzemy klucze i lecimy na Most Karola porobić zdjęcia, parkując samochód na ulicy Koziej przy starym kościołku w samym centrum miasta.

Jest noc, padam na pyszczek. Wracam do hotelu, za parking hotelowy (dwa miejsca) trzeba zapłacić 20€ – nie ma opcji. Szukam innego miejsca i do maszeruje do spania. Ja po parunastu minutach znalazłem, miejsce pomiędzy Niemcem a Francuzem – przypomina mi się kawał, ale teraz go nie pamiętam.

Wracam na piechotę do hotelu do raptem 6 minut drogi. Ulica spokojna, ale i ruchliwa.
Godzina około 03:00 w nocy. Idę się umyć, ubieram dres i lecę do wyrka. Noc minęła  cudownie.

Dzień III:
o cholera, zaspałem…. godzina 11:15 – a do 11:00 trzeba było zwolnić pokój, śniadanie przepadło – cóż…
Oznajmiam recepcjoniście, że jestem po 10 godzinach podróży i zaspałem, nie ma problemu mamy po prostu opuścić pokój, jak najszybciej. Całe szczęście, że jest druga zmiana i na recepcji, nie ma młodego służbisty, inaczej trzeba było by płacić za drugą dobę (85 €).

Jadę na Pragę do centrum na ulubioną ulicę Kozi.
Poprzedzamy wyjazd zakupami dla Ojca Agaty i mojego Brata w piwka  – typowo czeskie.
W Pradze jestem jeszcze ponad 3 godziny. Chodzę, wykonuję zdjęcia. Wchodzę o Gingerbread Museum, gdzie własnoręcznie przy Tobie dekorują Ci wypiekane pierniki – cudownie. Ceny są trochę jak na Batorym, ale warto wziąć chociaż kilka sztuk dla rodziny, czy też dzieciaków jako słodką pamiątkę. Wydaję wtedy łącznie jakieś 750 CZK.

Idę dalej, po godzinie 15:00  wyjeżdżam, nie zjadłem nic po stronie Czeskiej – szkoda. Ale wrócę tutaj i to może na zimę.
Jadę w kierunku na Dolne Moravy (to około 200km od Pragi w kierunku na Polskę – Kłodzko).
Chcę tam wjechać na tzw. Sky Walka, niestety, dojeżdżam o 19:00, dowiaduję się w kasie, ze czynne do 18:00… – trochę się zmartwiłem, ale za to cofam się lekko do małej wsi Kraliky i jadę w górę 3km do starego klasztoru na wzgórzu, może być fajnie widać małe wsie i podświetlenie klasztoru. Spędzam tam trochę czasu i jest miło.

Zjeżdżam w kierunku Polski.
Mam jeszcze 150 km do Wrocławia a do Poznania całe 309 km.

Po dwóch godzinach docieram do Wrocławia, jest ok. 01:30 w nocy. Zatrzymuję się na chwilę.
Zwiedzam ul, Katowicką, na której mieszkałem gdy jeszcze tutaj byłem i na chwilę zatrzymuję się na rynku, robiąc kółko i wracam.

O 4:30 jestem na miejscu. A w domu dopiero po 6:00. Ale jestem najszczęśliwszym Bartkiem na Ziemi.

A tutaj załączona mapka mojej eskapady 🙂 zapraszam do oglądania.