Berlin cz. I 2018-05

600 km autem, które ma uszkodzone wahacze na przodzie i… prawie 51 km na nogach. Odciski mam nawet na piętach – ale żyję, choć chodzę jak baletnica na palcach, prawie jak inwalida. Ups…

– a to wszystko przez impuls, nie taki zwyczajny, niby to przez rodzinę. Choć ja nadal uważam, że takie impulsy robi się z jakiegoś innego celu – np. gdy nam zależy na kimś, nie potrafimy choćby przez jeden dzień nie myśleć o tym cudownym szczęściu, do którego dążymy nieustannie co dzień. Co czasem wydaję się dość psychicznym zachowaniem gdy spojrzy się to z innego punktu widzenia. A z drugiej strony jest w tym jakieś widoczne w późniejszym okresie zdrowe podejście, przecież my chcemy tylko dobra dla tej drugiej osoby – a nie zawsze ludzie to rozumieją. Rozumieją to po czasie, gdy widzą, że dana osoba się stara, robi wiele rzeczy by ta druga osoba zauważyła jej wszystkie te małe i te duże starania – przecież zależy nam na tej osobie nieustannie.

Zaczynam z Rathausstraße 1-2, gdzie parkuję moją Mazde 323F BJ z 2003 roku. Na jakimś parkingu osiedlowym. Niemcy mają dość restrykcyjne podejście do obcych rejestracji, a taryfy parkingowe nie są tanie – dlatego jak można zarobić za cały dzień stania blisko 19€ to warto kombinować – w tym wypadku przynajmniej.
Idę na piechotę, gdy mijam znak przy skrzyżowaniu, który wskazuje mi trasę na Neukolln – wtedy dociera do mnie, że mam do przejścia jakieś 1 godzinę drogi, czyli dobre 7 km do Branderburger Tor – Bramy Brandenburskiej, znajdującej się przy Ebertstraße. Tuż przy pomniku holokaustu (niem. Holocaust-Mahnmal) przy Cora-Berliner-Straße – gdzie zatrzymuje się po godzinie drogi. Trochę robie zdjęć, obracam się też raz po raz czy przypadkiem, nie ma kogoś znajomego… niestety.

Godzina ok. 11:00 przecinam właśnie dzielnice Kreuzberga i krótko po tym docieram do Bramy Brandenburskiej, piszę ostatnią wiadomość smsow’ą do mojej matki oraz do P.K. – od teraz nie ma ze mną kontaktu nikt, jeden telefon nie załączył roamingu a w drugim padła bateria.
W aparacie, który mam przy sobie nie jest wcale lepiej.
Mam jedną baterię naładowaną na jakieś 70% a druga padnie lada moment – ups…

– Kręcę się jakąś godzinę pomiędzy bramą brandenburską a pomnikiem żydowskim upamiętniającym holokaust.

Jedyną rzeczą, która daje mi iskierkę w oku, głupi ale najbardziej szczery uśmiech na ustach jest ujrzenie P.K. nie daleko bramy – aż dziwne, że coś tak małego powoduje cudowne ciepło w sercu.
Ruszam w centrum miasta; mijam uliczki, dochodząc powoli do sieci sklepów “Rewa” a dalej, pytając się o szklankę wody w kwiaciarni na Albrechtstraße – z tego wszystkiego nie wziąłem ze sobą nic do picia i zaczyna mi zasysać w gardle, euro też zostawiłem w aucie, które mam jakieś 15 km od siebie – na szczęście, Panie ratują mnie całym kubkiem zimnej wody – Danke!

Przy Ufferpromenade – napotykam ślad P.K. – serce bije mocniej. Jestem od niej uzależniony to prawda, ale sama tak twierdzi, że jestem uzależniony, od cze­goś, to tak nap­rawdę sa­ma jest od te­go uzależniona… – ups…
I do głowy – choć gorąco jak cholera, a nogi zaczynają mnie palić żywy ogniem przytacza mnie się myśl, którą kiedyś użyłem do mojego przyjaciela;

“Praw­dzi­wa miłość nie zna gra­nicy bólu, upo­korze­nia czy krzyw­dy i wyt­rzy­muje wszys­tko z nadzieją że to tyl­ko wstęp do szczęścia które cze­ka w nieda­lekiej nas przyszłości…” – głupio uśmiecham się do siebie i patrze w kierunku rzeki Sprewy – oparty o barierkę niedaleko Neuer Marstall. Ślad urywa mnie się przy Berliner Eisfabrik, niedaleko Köpenicker Str.

Wypalany papieros co jakiś czas w dalszej drodze na nogach, nie pomaga niestety w walką temperatur panujących w ten czwartkowy dzień na zewnątrz (32 stopnie), szybkim dość marszem, raz po raz obracaniem się i byciem czujnym jak Jaszczurka. Maszerując dalej, dochodzę gdzieś w okolice dzielnicy Mitte w tym 3.6 milionowym mieście. Do auta mam jakieś nadal 15 a 20 km, a w samych nogach już blisko 40 km… idę dalej.
Dalej dochodzę do jednego z jedenastu dworców w Berlinie – Ostbahnhof, znajdującego się w dzielnicy Friedrichshain, tuż przy kawałku muru Berlińskiego – dzielącego niegdyś to miasto dosłownie i w przenośni – na pół – tak samo przedzieliło w tym momencie mnie.
[…] “Nie ma Cię gdy wszystko łamie się na pół” […]

Teraz droga powrotna. Do auta mam całe 9.5 kilometrów – na nogach.
Jestem na miejscu dopiero po 18:00 dochodzę do auta, po drodze jestem tak mokry od temperatury, braku wody, że idę do kwiaciarni przy Manteuffelstrasse – obsługujący tam chińczyk daje mi całą butelkę wody na drogę – nie rozumie nic po angielsku, więc niestety tylko niemiecki wchodzi w grę.

Odpalam auto, pół baku paliwa – podróż do domu, bez problemu – dojechałem cały, choć z samych Niemiec wyjeżdżałem godzinę – wypadek na A12 na odcinku blisko 4.5 km korek z prędkością 15km na godzinę.

Do Poznania wjeżdżam po g. 22:00… – szczęśliwy, a z drugiej strony rozwalony i pogruchotany w środku.